16.06.2007

Jest medal na Szczęśliwicach

Stało się, stało się - to, co miało się stać, Półfinał przegraliśmy, no'sz *** mać!

Ale 2:1 po dzielnej walce, nie licząc seta, o którym już nikt nie pamięta.
Historia krótka. Eliminacje przeszliśmy przy pomocy losowania. Runda 1 przegrana ze zwycięzcami - tak samo jak i półfinał. Pozostałe mecze pewnie wygrane dzięki spokojnej i rozsądnej grze.
Wierni kibice - czajnikowi rodzice przyjechali na rolkach i obejrzeli 2 mecze, wierniejsza kibicka Kama towarzyszyła i wspierała drużynę do samego końca.
I tak mimo braku ognia z prawego, duet Piter & Czajnik brązowe medale ma w kieszeni.

9.06.2007

Czai i Pitera zwycięztwa nie lada ;D

No i się stało. To na co wszyscy czekali w końcu doszło do skutku. Plażowa drużyna Czai i Pitera (alfabetycznie :P) wystartowała po raz pierwszy.
Warunki nie były idealne, Czaja grał lewą ręką a Piter... a Piter grał prawą :D No! To właśnie w takim składzie zabraliśmy się do młócenia :) Rezultaty? Pierwszy mecz wszystko idzie super...do stanu 18:14 dla nas. Potem seria głupio straconych punktów i jest równo a nawet 19:18 dla przeciwników, Piter spanikował w ostatniej piłce i klops. Ale, cóż znaczy jedna porażka dla dzielnych zawodników? Ano właśnie :D Zatem w drugim meczu nie daliśmy przeciwnikom nawet pomarzyć o zwyciężaniu wygrywając łatwo do 14. Los okazał się dla nas łaskawy w 3 meczu i pozwolił nam zrehabilitować się przed publicznością za pierwszy mecz i zagrać ponownie z naszymi z owego meczu przeciwnikami. Tym razem zdecydowana postawa umożliwiła zwycięstwo do 12 :) W czwartym (i zarazem ostatnim) meczu trafiliśmy na plażówkowiczów. "Duży i Mały" bardzo ładnie grali w polu co stało się przyczyną straty paru punktów. Ostatecznie przegraliśmy do 15, ale wynik nie przedstawia dobrze dość wyrównanej walki która się w tym secie toczyła.
Gwoli podsumowania należy pochwalić Krzysia za świetną grę lewą ręką (duuuuży respect) i życzyć sobie szczęścia na następnym turnieju (albo lepiej życzyć przeciwnikom żeby omijali nas szerokim łukiem, bo ogień z prawego skrzydła przysmoli im czupryny jak podejdą zbyt blisko ;))

7.06.2007

Bloody Baron de Coubertin

Mamy nauczkę na przyszłość - Fair Play Fair Playem, ale punkty niech zostają po naszej stronie. Zamiast tego wiedzeni wrodzoną uczciwością poprzyznawaliśmy się do błędów i "zwróciliśmy" przeciwnikom 3 punkty. Efekt? Mimo dwóch piłek setowych zawiedliśmy w końcówce pierwszego seta i zamiast gładko wygrać 2:0 (w pierwszym secie do 21) przegraliśmy 2:1.
Tym bardziej boli, że w kolejnych setach sędzia dał popis stronniczości... No może nie popis ale zdarzyło mu się widzieć coś czego nie było, nie zobaczyć czegoś co było, takie tam.
* [No już zostaw tego sędziego, nam też przydzielił parę punktów niezasłużonych]
Wniosek z tego sezonu [przełomowe odkrycie ;p] - umiesz liczyć, licz na siebie, a na pewno nie oczekuj, że ktokolwiek doceni grę Fair. Trzeba ćwiczyć nieprzyznawanie się, zasłanianie przeciwnikom zagrywającego, wszystko, co przeszkodzi przeciwnikowi a sędziowie tego nie gwiżdżą. No good deed remains unpunished.
Z drugiej strony, jak jeszcze raz nas koledzy wystawią i zostawią nas samych w pięciu, w tym 2 rozgrywających i jeden, który musi rozgrywać z konieczności, to... No właśnie, muszę coś wymyślić na taką okazję.
Z drugiej strony [a raczej z trzeciej] wreszcie miałem okazję poatakować w meczu o punkty. Skuteczność w ataku taka sobie, ale nie zrypałem żadnej piłki, co było moim podstawowym celem. Oczywiście zdarzyło się parę typowo Gorzkich farfocli po taśmie, ale punkt to punkt. [ano! liczy się skutek]
Za to rozgrywanie... Cóż, występujący 3 raz w życiu na tej pozycji Czaja i nawet Dziuba po miesięcznej przerwie robili to lepiej ode mnie.
[Rozgrywający muszą być twardzielami. Teraz już wiem jak to jest: nrewówka, ważne piłki i nie możesz sobie przywalić jakiejś ściny, tylko cały czas dokładnie i delikatnie... A mogłem so fuckin' więcej KIWAĆ ;-)]
W sumie to było na luzie i zabawnie i gdyby nie sędzia pewnie wspominalibyśmy ten mecz znacznie lepiej...
* [w nawiasach to mój komentarz]. Czajnik.

Ile znaczy dobry Czajnik - analiza tabeli w WRS

Taktyka wygrywania 3:1 jest miła i zabawna ale ma jedną wadę - nie da się liczyć na dobry stosunek setów. Niemniej wygrane 3:1 wystarczają w zupełności do tego by cieszyć się ze zwycięstwa - o ile uniknie się wpadek.
Wpadliśmy w tym sezonie 3 razy, w tym 3 razy gdy Czajnik nie mógł grać na swojej pozycji (bądź przyjść). Mam nadzieję, że nauczy to paru rzeczy drużynę - np. tego że stracone 2 sety z grającym w czwórkę Kropkiem i wywalczenie jednego zeta więcej w meczu ze słabym Sobieskim byłoby warte tyle samo co wygranie dodatkowego seta w meczu z KS Nadstal...
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że według mojego rozumienia ligę wygrali Absolwenci - wprawdzie tabela na stronie pokazuje inaczej, ale stosunek setów 16:9 jest lepszy niż 18:11. Mam nadzieję, że tak zakończy się ten sezon i ligę wygra drużyna, która mimo walkowera na dzień dobry i porażki w falstarcie z jednym z konkurentów do zwycięstwa, wygrała dzięki jednemu meczowi na szczycie i konsekwencji w biciu słabszych. Konsekwencji której nam zabrakło...
No nie oszukujmy się, jakoś łatwiej mi zaakceptować jako zwycięzców drużynę z którą wygraliśmy.

3.06.2007

The Impossible Quiz

The Impossible Quiz Jestem teraz na 66.

29.05.2007

InterFoto.eu vs Topaz Sokołów Podlaski

Debiut! Jako że leczę barek, a sławny Wini zachorował, drużyna pilnie potrzebowała rozgrywającego. I tu wkroczyłem. Poza tym, że 2/3 wystaw było w kosmos (co np. Szybie i Rafałowi zdawało się nawet nie przeszkadzać), to co trzecia wystawka była ok (a niektóre nawet podobno "super").
I tym sposobem z mistrzami rozgrzewki wygraliśmy. Niestety tylko 2:1, bo z początku 2 seta coś się zacięło.
Było też trochę zepsutych odbiorów, ale wystarczająco mało.
Gdyby nie sam fakt debiutu, to na największą uwagę oraz bezsprzecznie pochwałę zasłużyli wszyscy atakujący. Ataki nad blokiem (Lolek), Gwoździe w 4 metr (Wygos) oraz ogólnie skuteczne ataki z kiepskich wystaw (Rafał z Szybą).

Dumny Eter vs Kulawy Kropek

Panowie i panie, szanowni czytelnicy ninejszego bloga! Zapraszam wszystkich do wysłuchania pradawnej opowieści dzielnego Wajdeloty, który opowie najstarsze ze wszystkich znanych opowiadań o zmaganiach, które niegdyś rozegrały się były między dwoma zwaśnionymi królestwami: Eterogrodem i Kropkolandem.
Rzecz działa się daleko na wschód od stolicy dzielnych Galów, w krainie prawie tak dzikiej jak niepoznanej. Niezgoda, która niczym podstępna bestia dzieliła dwa, niegdyś w zgodzie żyjące królestwa była już tak dawna, że jeno najstarsi ceprowie pamiętali skąd się wzięła. Aby czytelnikowi przybliżyć scenerię rozegranej walki godzi się najpierw przedstawić rys geograficzny terenów przez oba królestwa zajmowanych. Eterogród, królestwo dzielnych rycerzy i dzielnych rycerzy położony był na pięknym płaskowyżu, skąd rozciągał się widok na położone niżej Królestwa Nadstalownii, Absolwencji, Mira Pakerni, Wkrótcogrodu, Kropkolandu (państwa bezwzględnych najemników i cnych niewiast) i ich wasali. Sąsiedztwo z Eterogrodem od dawien dawna uważane było za przekleństwo, gdyż raz na dekadę dzielny ten lud posyłał swoich najmężniejszych wojów pod wodzą Gorzkoetera na śmiertelny bój przeciwko jednemu z sąsiednich królestw. Jak do tej pory niezwyciężeni eterogrodzcy wojowie ulegli jeno raz, tłumiąc bunt w jednym z państw wasali. Od tej pory, nie zapuścili się tam więcej, a kraj ten pogrążył się w anarchii, stając w obliczu nieuchronnej zagłady. Niemniej jednak czas biegł nieubłaganie i kiedy nadeszła pełnia roku siódmego najmężniejszy z wojów, wspomniany już Gorzkoeter, zadął w róg aby zwołać dzielnych rycerzy Eterogrodu na bój śmiertelny przeciwko Kropkolandowi.
Zrazu zdawało się, że dzielni wojowie: Wineterus, Szybyterus, Wygoterus, Rafterus, Plackoterus, Piteroterus i niesiony z tyłu na noszach sędziwy Czajoterus pod wodzą nieustraszonego Gorzkoetera nie napotkają silnego oporu tchórzliwych najemników nikczemnego króla Kropkolandu, którzy aby wzbudzić litość w sercach mężnych wojów Eterogrodu zabrali ze sobą na pole bitwy cne białogłowe. Eterogrodczycy w pierwszym swym odruchu wystawiwszy kwiat rycerstwa naprzeciwko zgromadzonym wojskom Kropkolandu zawahali się. "Czyż godzi się nam, bohaterom spod Stalingradu, atakować niewiasty?" - pytali jeden drugiego. Wtedy głos zabrał Gorzkoeter: "Drodzy rycerze" - przemówił - "Czyż nie w słusznej sprawie wytoczyliśmy nasze chabety przeciwko Kropkolandowi? Czyż może nas kto winić, że chcemy zgodnie z klauzulą najwyższego uprzywilejowania podbić ten pyszniący się pośród innych kraj? Że chcemy wymordować mężczyzn a pojmać kobiety? (przy tych słowach, wąs mu się zakręcił, wspomniał bowiem na swój i tak już liczny harem a myśl o jego uzupełnieniach napełniła go nieopisaną błogością). Czyż nie przysługuje nam to najświętsze spośród praw?" "Prawdę mówi" - zawołali zebrani rycerze i bez zbędnych skrupułów jęli się przygotowywać do natarcia. Pierwszy dzień walk upłynął pod dyktando Eterogrodczyków, którzy stosując manewr podwójnego oskrzydlenia pewnie rozstrzygnęli walki na swoją korzyść. Drugiego dnia, gdy o świcie stanęli wszyscy do boju powstał dylemat. Jest nas 7, a mamy jeno 6 koni, kto zatem dzisiaj podzieli los Czajoterusa, który mimo najszczerszych chęci liczył jeno trupy ze wzgórza? Jam Ci to uczynię, wstał Piteroterus, oddając kluczyki do swojego rumaka wielmożnemu Plackoterusowi. Rycerze zatem wyruszyli i walczyli dzielnie dzień cały. O zmroku okazało się, że Plackoterusowi przypadło wystrzelić ze swojego cedrowego łuku aby wyrównać rachunek zabitych. Mimo najszczerszych chęci, trafił on jednak nie Kropkolandczyka a swojego druha czym przeważył szalę zwycięztwa na stronę Kropkolanczyków. Kolejnego dnia, w namiocie pozostał Rafterus aby zmęczonym po bitwie kamratom zaserwować najprawdziwszą andaluzyjską jajecznicę. W czasie kiedy Rafterus polował na strusie jego współbracia walczyli dzielnie z Kropkolandczykami. Mimo najteższych wysiłków Kropkolandczycy uzyskali przewagę liczebną i podstępnie nakłoniwszy serce Wineterusa do zdrady położyli na trzecim dniu pieczęć swojego zwycięztwa. Po powrocie do namiotu Gorzkoeter rozgniewał się srodze. Raz jeszcze jął przemawiać do swych rycerzy, mówiąc o równowadze sił w okolicy i o straszliwych konsekwencjach ewentualnej porażki. "Nic nie pozostanie z waszych haremów, wasze służące zbuntują się przeciwko praniu skarpet a Nadstalownia najedzie wasze pola, tak że głodu zimą zaznacie." Słowa nieustraszonego Gorzkoetera przyniosły oczekiwany skutek, wojska powróciły z furią do walki i mimo twardego oporu kolejne dwa dni naznaczyły pasmem swoich zwycięstw.
Radości po walce nie było końca. Dzielni rycerze rzucili się w objęcia swych bogdanek, czekających na nich na granicy Eterogrodu. Opowieści snute przy antałku wybornego miodu na zawsze wysławiać będą dzień najjaśniejszego ze zwycięstw Eterogrodczyków. Do historii przejdą pojedynki między poszczególnymi wojami toczone w trakcie bitew, zgodnie ze starą rycerską tradycją fair play. Jeno autor tej skromnej relacji nosi żal w sercu. Splamił on bowiem honor rycerza nie przyznając się do otarcia o jego zbroję strzały Eterogrodczyka ostatniego dnia walki. Jednak cytując Marka Twaina: "Zwycięzców się nie sądzi" należy usprawiedliwić waszego skromnego skrybę. Zaiste nikt się o tym czynie nie dowie, a czego oczy nie widzą to serca nie boli.
Taka to była historia sławnego pojedynku między mężnymi Eterogrodczykami a Kropkolandczykami. Jeśli ktoś zechce zadać pytanie o przyczyny tak trudnych przepraw niech spyta giermków. Tylko oni bowiem wiedzą, którzy dzielni rycerze pod osłonę zbroi zakładają spódnicę, a którzy spodnie.